Oshee ZERO Lemon (napój izotoniczny) w Tatrach

Oshee ZERO Lemon

Na wstępie zaznaczam, że noga ze zdjęcia nie należy do mnie (aż takich dużych stóp to nie mam). Ale oczywiście już napój Oshee ZERO Lemon do mnie należał i towarzyszył mi (razem z właścicielem nogi) najpierw w drodze do Doliny Pięciu Stawów, później już na Morskie Oko. A jako że moja kondycja ostatnio nie jest najlepsza, no to taki izotonik był idealnym dodatkiem do wody. A Oshee słynie właśnie z napojów izotonicznych, więc fajnie było w końcu sprawdzić jakiś produkt z tej grupy. Do tej pory testowałam jedynie Oshee Vitamin Tea ZERO, które było pyszne, ale izotonikiem nie było.

 

Dostępność i cena

Tę wersję Oshee kupiłam akurat w Auchanie, ale stacjonarnie może być też dostępna m.in. w Carrefourze, Tesco, E. Leclercu i Żabce (tu przede wszystkim). A przez Internet w sklepach takich jak: Frisco, OSHEE SHOP, Selgros24 i Polski Koszyk. Online najtaniej w Selgrosie.

 

Cena: 2.28 zł za 0,75 l. Pozytywnie się zaskoczyłam i aż musiałam sprawdzić kilka razy, czy aby na pewno dobrze przepisałam ją z paragonu. Oczywiście samemu można przygotować taki izotonik znacznie niższym kosztem, ale na tle innych napojów tego rodzaju Oshee Lemon Zero wypada naprawdę nieźle (i to nawet na tle innych izotoników marki Oshee).

 

Skład

Oshee ZERO Lemon - tabela wartości odżywczych

 

Skład: woda, kwas: kwas cytrynowy, regulatory kwasowości: cytryniany sodu, cytryniany potasu, stabilizatory: guma arabska, estry glicerolu i żywicy roślinnej, aromat, substancje słodzące: cyklaminiany, sacharyny, acesulfam K, aspartam, substancje konserwujące: sorbinian potasu, benzoesan sodu, substancje wzbogacające: witaminy (niacyna, witamina B6 i biotyna, L-karnityna (20 mg/100 ml), barwnik: żółcień chinolinowa.

Zacznijmy od pewnych podstaw. Czym właściwie jest izotonik? Według definicji jest to napój, którego ciśnienie osmotyczne jest takie samo jak ciśnienie panujące w płynach ustrojowych człowieka, co generuje się poprzez odpowiednie stężenie dodanych elektrolitów i węglowodanów, a dzięki czemu organizm ma łatwiej i szybciej się nawodnić i uzupełnić powstałe w nim niedobory. W praktyce oczywiście ciężko to jakkolwiek zmierzyć. Dość fajnie na youtubie wyjaśnił to SzajBajk, który trenuje kolarstwo, więc raczej zna się na rzeczy i na izotonikach. Jeśli interesuje Was temat, to sprawdźcie sobie jego filmik.

 

Krótko o napojach izotonicznych

Patrząc na tą definicję, to Oshee Zero Lemon odpada już w przedbiegach, bo węglowodanów w ogóle nie zawiera. No ale nie o definicję tu przecież chodzi, a ten brak cukru i zarazem brak kalorii dla niektórych będą sporym atutem. No bo umówmy się – przeciętny człowiek raczej nie wykonuje na tyle długich i intensywnych treningów, by jeszcze podczas ćwiczeń musieć sięgać po dodatkowe źródło energii w postaci cukrów prostych. Robią to raczej kolarze, maratończycy i triatloniści, ale przypuszczam, że oni wybierają wtedy żele energetyczne, choć im również taki izotonik może się przydać jako nieco „lepsza”, mocniej nawadniająca woda. Jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi.

Napoje typu Oshee czasami są więc dobrą alternatywą dla zwykłej wody, gdy np. mamy gorszy dzień, mamy mniej energii czy nie zdążyliśmy wypić dostatecznej ilości wody do czasu treningu albo zamierzamy potrenować trochę intensywniej, robiąc jakieś wymyślne cardio i wiemy, że na maksa się spocimy. Jest jeszcze jedno dobre zastosowanie dla takich produktów. Na pewno warto wziąć je pod uwagę przy dłuższych ćwiczeniach w upale, czyli głównie latem. Sprawa oczywista – jak słońce przygrzewa, pocimy się jeszcze bardziej, a im więcej tego potu, tym większe straty elektrolitów.

 

A czy Oshee Zero Lemon to dobry izotonik?

No i wszystko byłoby w porządku, gdyby tylko Oshee rzeczywiście zawierał to, co przyzwoity izotonik powinien zawierać, czyli wodę, sód oraz potas, ewentualnie jakiś barwnik i aromat (skądś trzeba wziąć ten cytrynowy smak i żółciutki kolor). A tak niestety nie jest.

 

Zacznę jednak od plusów. Przede wszystkim mamy tu dość sporo soli, bo niecały 1 g na butelkę i oczywiście potas, który występuje pod postacią cytrynianu potasu (to dobra forma, jak każda inna, bo w przeciwieństwie do magnezu potas zawsze jest praktycznie tak samo przyswajalny, niezależnie od tego, w jakim związku się znajdzie). Drugi plus to mały dodatek trzech witamin z grupy B, a zwłaszcza niacyny, która wspomoże regenerację układu nerwowego – a nieraz dostaje on w kość podczas solidnego wysiłku. Trzecim plusem mógłby być dodatek L-karnityny (to jeden z lepszych tzw. „spalaczy tłuszczu”), gdyby nie fakt, że w całej butelce jest jej zaledwie 0,15 g. Standardowa dawka tego związku wynosi natomiast od 1 do 5 g na dobę i w takiej właśnie ilości się go suplementuje, jeżeli chce się mieć z tego jakiekolwiek efekty.

 

Co jest w nim złego?

No to pora na minusy. Tych niestety jest więcej. Po pierwsze – aż cztery substancje słodzące. Co prawda bezkaloryczne, ale jednak. Jak wiecie zdecydowanie daleko mi do bycia przeciwniczką słodzików, ale wkurza mnie, gdy producenci aż tak z nimi przesadzają, bo jednak im więcej ich jest w napoju, tym większe ryzyko, że w takim połączeniu doprowadzą do pewnych skutków ubocznych. Mówię tu przede wszystkim o biegunkach, czasem też nudnościach czy nawet wymiotach. Zwłaszcza acesulfam K jest dodatkiem dość kontrowersyjnym. Nie znamy jeszcze w pełni jego wpływu na organizm.

 

Po drugie – dwa nie za fajne konserwanty. Sorbinian potasu i benzoesan sodu. Sorbinian jest jeszcze w jakimś stopniu akceptowalny, bo uznaje się go za jedną z bezpieczniejszych substancji konserwujących, choć w większych dawkach też będzie szkodzić. Nadmiar = możliwe alergie, wymioty, nudności czy nawet uszkodzenie DNA. O benzoesanie sodu sporo natomiast można by pisać. Niestety sporo złego. Pierwszy przykład jego negatywnego działania jest taki, że gdy połączy się go z witaminą C, dochodzi do powstania benzenu, który ma działanie rakotwórcze. Ogólnie nie polecam. Wiele razy już zresztą wspominałam o szkodliwości benzoesanu.

 

Po trzecie – barwnik, czyli żółcień chinolinowa. Tutaj już sam producent ostrzega na opakowaniu, że barwnik ten „może mieć szkodliwy wpływ na aktywność i skupienie uwagi u dzieci„.

 

Oshee vs domowy izotonik

Dla mnie cały skład wypada kiepsko, zwłaszcza że jest to produkt dedykowany sportowcom, którzy na ogół chcą i odżywiają się zdrowiej niż reszta społeczeństwa. No boli mnie to, że takie duże marki jak Oshee pozwalają sobie na tak niską jakość. A zamiast Oshee polecam serdecznie domowy napój izotoniczny z przepisu Pana Tabletki (blog Pana Tabletki też bardzo polecam).

 

Receptura banalna: 1 l wody, trzy łyżki miodu, sok z 1 cytryny, 1/4 łyżeczki soli i dowolne dodatki (np. zioła lub imbir). Składniki wymieszać i tyle. Szybko i ZDROWO.

 

Smak

Dolina Pięciu Stawów Polskich i Oshee ZERO Lemon

 

Oshee ZERO Lemon obronił się przynajmniej smakiem. Bo to muszę przyznać, że jest naprawdę dobry. Smakowo przypomina rozpuszczoną multiwitaminę w tabletkach, tyle że był chyba nieco bardziej wodnisty i nie aż tak słodki, co dla mnie wypadło tylko na jego korzyść. Cytrynowy smak bardzo intensywny. Oczywiście nie jest to smak jakoś specjalnie naturalny, ale zdecydowanie przyjemny.

 

Tak mi się jeszcze przypomniałam, że jak testowałam sobie ten napój w górach, to był on już dość ciepły (trochę przeleżał w plecaku), a i tak mi smakował. Schłodzony na pewno byłby jeszcze lepszy i jeszcze bardziej orzeźwiający. Mojemu partnerowi też bardzo przypadł do gustu. Przynajmniej w kwestii smaku.

 

MOJA OCENA:

bicepsbicepsbiceps

Tak naprawdę miała ochotę wystawić dwóję, ale nie chcę być aż tak nieobiektywna, skoro dwa bicepsy dostawały ode mnie produkty o gorszych składach i zdecydowanie gorszym smaku. A od biedy i to Oshee można czasem wypić. Jak już ewidentnie nie ma się możliwości, by kupić coś o lepszym składzie albo samemu zrobić sobie domowego izotonika.

Dodaj komentarz