Pepsi MAX Malinowa (bez cukru)

Pepsi MAX Malinowa (bez cukru)

Instagram już od paru tygodni oszalał na punkcie tej Pepsi. W sumie nie spotkałam się jeszcze z negatywną opinią na jej temat. Chyba wszyscy ją polecają. Ja akurat zdecydowanie jestem po stronie #teamcola, ale o ile klasyczna Pepsi Max, czyli ta bez cukru i praktycznie bez kalorii, totalnie mi nie podchodzi, tak jej różne smakowe odmiany nieraz pozytywnie mnie zaskakują. Przykład ⇒ Pepsi imbirowa. Tak mi się więc wydaje, że Pepsi MAX Malinowa też może wypaść nieźle.

 

Dostępność i cena

Pepsi malinową kupiłam w Żabce i tak na 99% stacjonarnie dostępna jest tylko tam (może jeszcze w jakichś mniejszych czy nietypowych sklepikach). Przynajmniej na razie. Z kolei online na ten moment nigdzie nie mogę jej znaleźć. Wcześniej bywała m.in. w sklepie Guiltfree, ale teraz jest niedostępna, a czy wróci – nie wiem.

 

Cena bez promocji: 4,20 zł za 0,85 l (4,94 zł za litr). Była jeszcze półlitrowa za 2,99 zł (5,98 zł za litr), ale to już mniej ekonomicznie. Nie jest źle, chociaż tak szczerze to nie za bardzo orientuję się w tym, ile kosztuje zwykła Pepsi Max w różnych sklepach. Wydaje mi się, że Cola Zero jest trochę tańsza, no ale takich napojów raczej nikt nie pije, a przynajmniej nie powinien pić codziennie, tak że czasem kupić można. No bo jak to tak żyć na samej wodzie? Niemożliwe.

 

Skład

Pepsi MAX Malinowa (bez cukru) - skład produktu

 

Zawsze o tym mówię, ale powtórzę raz jeszcze: napoje typu zero nie są ani zdrowe, ani szkodliwe, dlatego niech każdy sam podejmie decyzję, czy chce je pić czy nie. Ja lubię i chcę, ale nikogo nie namawiam. Woda zawsze będzie lepszym wyborem, ale jeśli traktujecie takie napoje jako produkty rekreacyjne i pijecie je od czasu do czasu, wszystko będzie ok. Taka Pepsi MAX Malinowa zdecydowanie będzie świetnym produktem na redukcji, który uspokoi i zadowoli głowę, a przy okazji nie zabierze kalorii z diety. Ja przynajmniej wolę je zjeść niż wypić. Myślę, że większość osób ma tak samo.

 

 

√ Aspartam

 

Ze wszystkich składników nieco dłuższego omówienia wymaga właśnie on. Aspartam. Jak zwykle. Wciąż się go krytykuje, a jest to krytyka bezpodstawna, bo aspartam to jedna z najlepiej przetestowanych substancji słodzących, która – jak wynika z badań naukowych – NIE JEST SZKODLIWA, o ile oczywiście nie przekracza się jej dozwolonych dawek, które są tak wysokie, że w celu odczucia jakichś negatywnych efektów należałoby wypić z pięć takich butelek Pepsi, czego oczywiście żaden racjonalnie myślący człowiek nie zrobi. Przynajmniej mam taką nadzieję. Oczywiście są i takie badania, które tej nieszkodliwości aspartamu przeczą, ale wysuniętych z nich wniosków nie można uznać za wiarygodne (bardzo dobrze tłumaczy to film „Dietetyki opartej na faktach”, który polecam obejrzeć w całości).

 

Jedno tylko „ale”. Z uwagi na fakt, że w skład aspartamu wchodzi fenyloalanina, może być on groźny dla osób chorujących na fenyloketonurię, choć jeśli na nią chorujecie, na pewno doskonale zdajecie sobie z tego sprawę. Fenyloalanina to nic innego jak ⇒ aminokwas egzogenny, czyli składnik białka, bardzo ważny, ponieważ aminokwasów egzogennych organizm nie syntetyzuje samodzielnie, dlatego trzeba je dostarczać z pożywieniem. Fenyloalanina znajduje się chociażby w jajkach. A czy ktoś obawia się jedzenia jajek? No właśnie.

 

O jeszcze jednej rzeczy warto na pewno wspomnieć. Bardzo często zarzuca się aspartamowi również to, że powoduje on wyrzut insuliny. Jednakże badania naukowe temu przeczą. A ja wolę wierzyć faktom niżeli opiniom i czyjemuś widzimisię.

 

 

+ jeśli zainteresował Was ten temat, polecam zajrzeć jeszcze tutaj:

 

 

 

√ Dawka czyni truciznę

 

Pozostałych substancji nie będę już dokładniej omawiać, bo na pewno wiele razy pojawiały się już w innych testach, ale chciałabym tylko zaznaczyć, że WSZYSTKO może szkodzić, jeżeli tylko nie zna się umiaru. Nawet witaminy, które są przecież zdrowymi i niezbędnymi elementami diety, też można przedawkować i przy przekroczeniu optymalnej dla danego organizmu dawki także wywołają one pewne skutki uboczne. To dawka czyni truciznę. Ostatnio bardzo polubiłam to powiedzenie.

 

Smak

Relaks nad wodą z Pepsi MAX malinową

 

W końcu pora na część najprzyjemniejszą. Jak widzicie zdjęcia zrobiłam nad Odrą (w końcu na zewnątrz!), ale ze względu na maseczkę i tak nie mogłam się napić, więc zamkniętą butelkę zabrałam z powrotem do domu i dopiero teraz będę testować. Nareszcie, bo jestem naprawdę strasznie ciekawa, jak ta Pepsi wypadnie.

 

Już sam zapach jest mocno malinowy i intensywny. Od razu po nim można rozpoznać smak, który… Okazuje się jeszcze bardziej intensywny. No smaczne, smaczne. Nie powiem. Co prawda nie czuję tu takiej „prawdziwej” maliny, ale o dziwo nie jest to też chemiczny posmak – bardziej coś na miarę skoncentrowanego soku malinowego, który prawdopodobnie wszyscy pijaliśmy w dzieciństwie do herbatki na przeziębienie. W pewnym sensie, sama nie mam pojęcia jakim cudem, ale smak kojarzy mi się z różowymi gumami Orbit. Może to ten kolor tak mnie nakierował? Raczej wątpię. Smak jest więc jak dla mnie mieszanką Pepsi, malinowego soku i balonowych gum. I bardzo mi to pasuje. Jest też baaaardzo słodko, ale przy tym wszystkim baaaardzo przyjemnie. Wyjątkowo dla Pepsi muszę przyznać, że wszystko mi tu pasuje. Pepsi MAX Malinowa zdecydowanie jest BARDZO SMACZNA. No, może dodałabym więcej gazu, ale to już taki drobiazg – dla mnie Pepsi zawsze była za mało gazowana.

 

Naprawdę bardzo pozytywnie się zaskoczyłam i cieszę się, że odkryłam coś tak fajnego. Smak maliny na pewno jest dużo lepszy od popularnej wiśni (Pepsi Wild Cherry).

 

MOJA OCENA:

bicepsbicepsbicepsbicepsbiceps

Może trochę przeginam z oceną, ale im dłużej piję, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że jest to najlepsza smakowa odmiana coli, jaką piłam w życiu. Jak najbardziej polecam wypróbować. Zwłaszcza, jeśli redukujecie i szukacie alternatywy dla słodyczy.

Dodaj komentarz